Słuchaj, musisz kiedyś popłynąć na Wyspy Liparyjskie. Ale nie tak zwyczajnie – tylko na żaglach. Serio. To zupełnie inna bajka. Siedem wulkanicznych wysp na północ od Sycylii, każda jak osobna planeta, a Ty przemieszczasz się między nimi z wiatrem w żaglach, czując sól na skórze i słońce na twarzy. Zaczęliśmy w Milazzo – tam wsiedliśmy na jacht. Już pierwsza noc na kotwicy – cisza, tylko plusk wody i niebo pełne gwiazd. Rano obudziło nas światło – to była Lipari, największa z wysp. Port tętnił życiem, ale wystarczyło rzucić cumy i wypłynąć kawałek dalej, żeby znaleźć zatoczkę tylko dla nas. Skały, które lśniły bielą od pumeksu, i ta wulkaniczna energia pod stopami. Czujesz, że ziemia tu wciąż oddycha. Mieliśmy więcej szczęścia, bo pływaliśmy tropem filmowej Odysei, akurat trwały zdjęcia Nolana do filmu i trafialiśmy na łodzie nie z tej epoki.
A potem był Stromboli. Już z daleka widać było, jak dymi – ten wulkan nie śpi. Płyniesz nocą i nagle – błysk! Czerwone jęzory lawy tańczą nad kraterem. Zrobiliśmy nocne podejście do brzegu, a potem – trekking pod górę z przewodnikiem. Widok ze szczytu? Niezapomniany. A potem z powrotem na łódkę – kołysanie fal, zapach siarki i wrażenie, że właśnie dotknąłeś czegoś pierwotnego. Vulcano to był dzień relaksu. Rzuciliśmy kotwicę blisko brzegu, poszliśmy na kąpiel błotną. Nie mam pewności skąd upodobanie na tej wyspie do gotowania jajek, ale taki mamy klimat, podobno zdrowy. Potem wejście na krater – dymiące fumarole i widok na całą flotę żagli wokół wyspy. Jak z filmu.